| NAWIGATOR: Strona główna -> Publicystyka i analizy |
|
|
Wzlot i upadek Władysława Jamrożego Informacja o aresztowaniu Władysława Jamrożego wpisuje się w logiczny cykl wydarzeń, jakich jesteśmy świadkami od dwóch lat. Błyskotliwa kariera menedżerska lekarza z Polanicy nie musiała się tak skończyć. Ale w lipcu 2001 roku można było już przypuszczać, że druga połowa "Tandemu PZU" również będzie miała problemy. W 1994 roku prezes PZU SA Roman Fulneczek (kojarzony z Polskim Stronnictwem Ludowym) zaproponował młodemu lekarzowi stanowisko członka zarządu największego polskiego ubezpieczyciela. Był to fantastyczny awans - Władysław Jamroży był wówczas - również dzięki Fulneczkowi - członkiem władz wrocławskiego oddziału PZU. Propozycję Jamroży oczywiście przyjął; zaczął przyglądać się funkcjonowaniu wielkiej firmy, skrzętnie notując co ciekawsze informacje i kolekcjonując kolejne wizytówki. Wiedział jednak, że jego czas jeszcze nie nadszedł, choć udało mu się po odejściu Fulneczka zmienić fotel członka zarządu PZU SA na stanowisko prezesa spółki-córki: PZU Życie. Następcą Fulneczka był Jan Monkiewicz - ten sam, drogi czytelniku, obecny przewodniczący Komisji Nadzoru Ubezpieczeniowego i Funduszy Emerytalnych. Monkiewicz "od zawsze" był związany z lewicą. Pełnił dodatkowo funkcję doradcy Grzegorza Kołodki, SLD-owskiego ministra finansów u zmierzchu pierwszej koalicji parlamentarnej SLD-PSL. Monkiewicz podłożył się sam - i to dwukrotnie. Pierwszą sprawą był skandal związany z Centralnym Rejestrem Pojazdów, do którego stworzenia powołano spółkę CERPO. Spółka ta podpisała kontrakt na dostawę technologii informatycznej z niemiecką firmą HoloData. Skandal wybuchł w chwili gdy okazało się, że firmie tej przekazano całą bazę danych PZU zawierającą informacje o samochodach i kierowcach, którzy tam właśnie wykupili polisy komunikacyjnego OC. Doprowadził on do dymisji prezesa Monkiewicza, zerwania kontraktu z HoloDatą i serii procesów sądowych w Niemczech (ale o tym później). Szansą dla Jamrożego był drugi skandal gabinetowy. Minister Grzegorz Kołodko popełnił w swoim życiu kilka książek, ostatnia nie sprzedawała się najlepiej. Prezes Monkiewicz postanowił wspomóc przyjaciela. Wybrał na to jednak najgorszą drogę i najgorszy możliwy moment. Do przejęcia władzy szykowała się już prawica - wygrywając chwilę później wybory parlamentarne jesienią 1997 r. Wszystko, co działo się w rządowych i okołorządowych gabinetach, trafiało pod lupę. Monkiewicz wydał prezesowi PZU Życie (Władysławowi Jamrożemu) polecenie wykupienia prawie całego nakładu książki Kołodki. O tych faktach zarówno obecni władcy SLD, lewicowe media, jak i sam Monkiewicz woleliby zapomnieć. Nie można im się dziwić: to najbardziej idiotyczny skandal z wszystkich w historii kapitalistycznej III Rzeczpospolitej. Gdybyż chociaż chodziło o jakieś sensowne pieniądze... Władysław Jamroży poczuł wiatr w żaglach; wpatrzony w wydruki sondaży przedwyborczych, zdecydował się na atak. Odmówił realizacji polecenia Monkiewicza i poszedł na skargę do senatora Chronowskiego, przedstawiciela prawicy. Prawica rozpętała nagonkę, która doprowadziła do usunięcia Jamrożego ze stanowiska prezesa PZU Życie. Było to jednak pyrrusowe zwycięstwo Monkiewicza, a kilka lat później okazało się, że i sam Andrzej Chronowski nie najlepiej wyszedł na tym zabłockim mydle. Jamrożego - wprowadzonego do biznesu ubezpieczeniowego przez PSL i awansowanego przez SLD - nie interesowała polityka jako sztuka wpływania na rozwiązywanie problemów społeczeństwa. Zajmowała go tylko własna kariera, poglądy miał raczej chorągiewkowe. Dzięki skandalowi z książką Kołodki zaskarbił sobie dług wdzięczności w nowo powstałej Akcji Wyborczej Solidarność. Deal udał się - w grudniu 1997 roku Władysław Jamroży został prezesem PZU SA - największego polskiego ubezpieczyciela i jednej z głównych firm w kraju. Przyszedł - jak się okazało - czas żniw. Jamroży potrzebował pomocnika. Nie mógł piastować jednocześnie funkcji prezesa PZU i PZU Życie (naraziłby się wówczas na nadmierną podejrzliwość związaną ze zgromadzeniem w swoim ręku zbyt dużych wpływów). Wybrał Grzegorza Wieczerzaka.
Zakres działania grupy PZU był ogromny. Po dofinansowaniu akcjami Banku Handlowego (przekazanymi grupie przez Skarb Państwa) i odsunięciu widma zarządu komisarycznego Jamroży zakasał rękawy i zabrał się do pracy. Przez pierwsze dwa lata nad ubezpieczeniowym gigantem wisiała mgła milczenia. Wyniki finansowe poprawiały się w szybkim tempie, częściowo wynikało to z obniżania kosztów, częściowo z premii wielkości (PZU zawsze zdobywało większy kawałek ubezpieczeniowego tortu niż wynosiła inflacja), częściowo zaś z odważnych i zyskownych operacji na aktywach. Do legendy przeszła próba przejęcia w białych rękawiczkach kontroli nad kilkuset firmami zarządzanymi przez trzy Narodowe Fundusze Inwestycyjne. Nie udało się to, ale w radach nadzorczych i zarządach wielu małych spółek pojawili się "spadochroniarze", ludzie bez wyjątku związani z tandemem. |
| NAWIGATOR: Strona główna -> Publicystyka i analizy |